Zmiana życia zaczyna się od pierwszej kostki domina

with 2 komentarze

Pod koniec czerwca tego roku moje życie zatrzęsło się w posadach. Pierwsza kostka domina zachwiała się, a potem, choć wtedy tego nie dostrzegłam, runęła wolno jak we śnie, wprawiając w ruch łańcuch przedziwnych wydarzeń, który skierował moje życie na zupełnie inne tory.

 

Przybory do pisania i kwiaty na stole

Początkowo nic nie zapowiadało rewolucji. 2 dni przed urodzinami mąż, wiercąc się i klucząc, wybąkał, że ma dla mnie prezent, ale nie potrafi sam podjąć decyzji i muszę mu trochę pomóc. Okazało się, że chodzi o moje pisanie. O tym wielkim niespełnionym marzeniu - żeby pisać i wydać książkę - opowiadałam mu odkąd się poznaliśmy, więc w końcu, jako człowiek czynu, postanowił kwestię rozwiązać ostatecznie - albo zacznij pisać, albo przestań o tym gadać.

Znalazł człowieka, który miał mi w tym pomóc. Nie wiedział tylko, jakie wybrać narzędzie. Do wyboru był wyjazdowy warsztat pisarski albo indywidualna konsultacja i sugestia była taka, żeby, jeśli nie pisałam od dłuższego czasu, skorzystać najpierw z konsultacji. Na dobrą sprawę od skończenia studiów nie byłam zbyt kreatywna w tej dziedzinie, raczej skupiałam się na opowiadaniu, że będę pisać, ale jak przyszło co do czego, do głosu doszły 2 nie najpiękniejsze strony mojego charakteru - chorobliwa ambicja i gigantyczna niecierpliwość. Pierwsza się oburzyła: "Jak to, mam uprawiać jakieś pogadanki o tym, czy się w ogóle nadaję - przecież ja chcę PISAĆ!". A druga zadreptała w miejscu: "Nie ma co tracić czasu na konsultacje, jakieś drobne kroczki, jedziemy z tym koksem!" . Szalę przeważyła informacja, że warsztaty odbywają się w uroczej samotni zagubionej wśród Gorców. Jak pisanie mi nie będzie szło, przynajmniej sobie pochodzę po górach. Tak oto podjęłam decyzję i pojechałam z czarodziejką, Marią Kulą, na magiczny pisarski weekend do chaty w Zakręcie.

Już na miejscu, te same 2 cechy, które mnie tam ściągnęły, dały mi niezłego łupnia. Maria zadaje pierwsze zadanie. Wszyscy piszą, ja gapię się w pustą kartkę i nie umiem wykrzesać z nagle opustoszałej głowy nawet jednego zdania. Ambicja piszczy: "Ale jesteś kiepska!", skręcam się ze wstydu. Kolejny dzień, kolejne zajęcia, potem czas na pisanie. Pomysły zaczynają powoli przychodzić, ale zdania są kwadratowe, koślawe, szorstkie. Język zdecydowanie nie giętki, nie nadąża za głową w żaden sposób. Niecierpliwość przebiera nogami, żąda gotowego tekstu przed obiadem: "W końcu po to tu jesteś, żeby konsultować teksty, marnujesz czas!" W pewnej chwili mam wrażenie, że zaraz eksploduje mi mózg. Siadam z Marią w kącie, żalę się, że mi pisanie nie wychodzi. Potem puszcza mi jakaś blokada i wylewa się ze mnie fala narzekania na całe moje życie, które jest nie takie, jak miało być, nijakie, bezbarwne. Chciałabym, tak jak Ty, robić to co kocham! - wyrywa mi się. To rób - mówi mi Maria i uśmiecha się zagadkowo. Wracam z Zakrętu w bardzo dziwnym stanie ducha. Wytrącona z równowagi. Rozbita.

Po powrocie  nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, wpadłam bowiem w kołowrót codzienności, który akurat w tym czasie obracał się wyjątkowo szybko. Milion niezwykle pilnych spraw do załatwienia teraz-zaraz-już sprawił, że nie miałam nawet chwili na ćwiczenie warsztatu przy pomocy narzędzi i wskazówek praktycznych, w które wyposażyła mnie Maria. Ale ziarno Nowego zapadło głęboko we mnie. I cicho kiełkowało.

Kiedy się w końcu ogarnęłam jesienią, nagle okazało się, że mam już sporo pomysłów i notatek. I jeszcze więcej chęci. Pomyślałam wtedy, że fajnie byłoby się podzielić tym entuzjazmem i założyć bloga. Nie wiedziałam, że świat już usłyszał, że chcę żyć pełnią życia i będzie mi sprzyjał, jedyne, czego wymaga ode mnie, to zaangażowane działanie. Dowód na to dał mi bardzo szybko. Podjęłam kroki w kierunku większych zmian w swoim życiu i zapisałam się do Latającej Szkoły. Okazało się wtedy, że w pakiecie dostaję do ręki narzędzia, dzięki którym założenie bloga okazało się dziecinnie proste! Z inspiracji Marii zgłosiłam się też do Luccioli i po paru dniach zagrałam na perkusji w knajpie, co było jednym z moich wielkich marzeń.

We wszystkich tych miejscach poznałam masę fantastycznych osób, które żyją po swojemu, barwnie, ciekawie i ich przykłady dopingują mnie do działania. Zrozumiałam, jak ważne jest otoczenie, w myśl teorii, że jesteś sumą 5 osób, z którymi spędzasz najwięcej czasu.

Maria dała mi siłę do spełniania swojego pisarskiego marzenia. Ale nie to jest najważniejsze. Przede wszystkim uświadomiła mi, że nie mam czasu nie mieć czasu na drobne kroczki. I że perfekcjonizm, który jest owocem wybujałej, wyniszczającej ambicji, wcale nie sprawia, że spod moich rąk wychodzą rzeczy idealne. Najczęściej nie wychodzą wcale, bo przecież nigdy nie będą WYSTARCZAJĄCO idealne, zwyczajnie nie mam na to czasu. Bardzo mocno zapadło mi w pamięć jedno hasło, które zaczęłam stosować na co dzień: "Zrobione jest lepsze od idealnego". Dzięki tej polityce przez ostatnie pół roku zrobiłam więcej rzeczy, o których marzyłam, niż w ubiegłej dekadzie! A to dopiero początek.

Odkryłam najbanalniejszą na świecie prawdę: wszystko, do czego chcę dojść, każde marzenie, które chcę spełnić - nieważne, czy będzie to pisanie, podróżowanie czy fundamentalna zmiana życia, wymaga najpierw podjęcia decyzji. A potem działania. Mnóstwo działania! Prób i błędów. Cholernych małych kroczków. Więc idę, trochę slalomem, czasem się wywalam, opadam z sił, bo praca, bo codzienność. Ale obrałam kurs, więc otrzepuję się i idę do przodu. I jestem bardzo szczęśliwa.

Brzmi bardzo prosto, ale wygląda na to, że niestety każdy musi odkryć to sam.

A Ty doświadczyłeś kiedyś takiego momentu, który okazał się przełomem? Przestawił zwrotnicę i po jakiś czasie okazało się, że dzięki tej drobnej zmianie jesteś teraz w zupełnie innym miejscu? Bardzo jestem ciekawa, daj mi znać!

 

PS Zdjęcie w nagłówku, tak jak cały reportaż z warsztatów w Zakręcie, jest autorstwa nieocenionej Marty Piskorek.

 

2 Responses

  1. PawelŚ
    | Odpowiedz

    Dziękuję za te słowa.
    Właśnie zaczynam, mam za sobą pierwszy mailing i życzenia świąteczne. Bardzo pomogło przypomnienie, że jak coś robisz w swojej głowie to świat się ba to przygotowuje aby pomoc najlepiej jak się da. Tylko trzeba coś zrobić żeby te prezenty odebrać.
    Pozdrawiam, subskrybuję i trzymam kciuki za dalszy rozwój.

    • Olga
      | Odpowiedz

      Bardzo mi miło, że moje słowa trafiły w dobry moment 🙂 Gratuluję pierwszego kroku, który daje siłę do kolejnych. Trzymam kciuki!

Leave a Reply