Planowanie czas stracony. Czy na pewno?

with 2 komentarze

Planowanie czas stracony - jak mawia moja Babcia. Zawsze coś wyskoczy.

Czasem trudno mi się z nią nie zgodzić.

Nieprzewidziane wydarzenia zaskakują każdego dnia jak króliki z kapelusza… choć to może nie najszczęśliwsze porównanie, metafory z królikami zarezerwowane są dla instytucji rządowych.

OK, wyskakują więc jak diabeł z pudełka, rozsypując w proch wcześniejsze misterne konstrukcje planistyczne.

Weźmy taki weekend, na który szykowaliśmy się od tygodni - mieliśmy spędzić całym bandem dwa długie dni na leniwej wsi, w odosobnieniu, z instrumentami. W końcu dać sobie czas na wspólne granie, nabranie wprawy w starych numerach, pracę nad nowym materiałem. Cisza, przyroda, wyłączone telefony, czas na twórczość.

Cieszyliśmy się jak dzieci i… dupa. Najważniejsze ogniwo naszej kapeli rozłożyła choroba.

Nie przeskoczymy. Plany trzeba przetasować.

Pojawia nam się zatem z nagła, zupełnie nas zaskakując, tzw. wolny weekend. Weekend bez planów.

W tej sytuacji przypomina mi się pytanie uczestnika jednej z fejsubukowych grup, nie pamiętam już której (mnożą się te grupy jak kró… jak myszy na wiosnę!).

W każdym razie facet zwierzył się, że żona zabrała dzieciarnię i na parę dni wyjechała, a on wariuje z… nadmiaru opcji. Tyle rzeczy można robić, jak jest chwila spokoju - poczytać to, nadrobić zaległości w tamtym itp. że go to przytłacza. Nie wie, co wybrać!

Wariat - stwierdzą niektórzy. Lecz mnie ten stan dobrze jest znany. Klęska urodzaju.

Nigdy nie będę mieć tyle wolnego czasu, żeby zrobić wszystko, na co mam ochotę - nie mówiąc już o tym, że zawsze znajdzie się też jakiś przekładany od miesięcy wyrzut sumienia. Kątem oka łypię chociażby na zaległe książki i już wiem, że sama lektura, na którą mam chęć, mogłaby mi wypełnić długie miesiące, jak nie lata. A to tylko wierzchołek góry lodowej.

Ledwie zrobiłam w swoim mózgu mentalną przestrzeń wolną, już cisną mi się w nią pomysły, jak ją wypełnić. Dosyć nachalnie pcha mi się do świadomości na przykład niedokończony wywiad z Karoliną (wstyd, kiedy ja z nią rozmawiałam? Taka bomba i się z Wami nie dzielę). Parę innych spraw też by się znalazło.

W tym momencie z pomocą przychodzi planowanie, ale nie takie z dnia na dzień, tylko planowanie strategiczne. Tak, wiem, okropnie napuszone to określenie, ale w gruncie rzeczy chodzi o parę prostych pytań, zadawanych sobie na spokojnie. I, co istotne, cyklicznie.

Co chcę zrobić w tym miesiącu? (wywiad z Karoliną wisi na górze listy…) W tym kwartale? W tym roku? Co jest najważniejsze?

Wytyczne układane w spokojny wieczór, z uwzględnieniem moich priorytetów, pomagają zagospodarować każdy wyskakujący nagle wolny weekend. Albo każdą nagle wolną godzinkę, skoro już o tym mowa.

2 Responses

  1. annairam
    | Odpowiedz

    Kto przeżył plan 6-cio letni i jego realizację ( młodzież pewnie nie wie o czym mówię) -to już na pewno nie będzie robił planów długofalowych-przeważnie się nie sprawdzają.Oby w Twoich był wyjątek-życzę sukcesów.

    • Olga
      | Odpowiedz

      Wiem, że poprzedni ustrój mógł podkopać wiarę w sens robienia planów, ale jednak się nie zgodzę. Plany długofalowe mają sporą szansę się ziścić – na pewno większą, przewidywana na długo do przodu pogoda – trzeba tylko dać im szansę. I być konsekwentnym 🙂 dzięki!

Leave a Reply