Koncentracja treści: trudna sztuka, ale warto się w niej ćwiczyć

with Brak komentarzy

Kiedy oglądamy film, koncentracja treści w minucie nagrania totalnie mnie przytłacza. M. musi mi nieustannie tłumaczyć ciągi przyczynowo skutkowe.

Doba z gumy: koncentracja treści. Ksiażki "Mistrz i Małgorzata" (cieniutka) i "Dziennik Mistrza i Małgorzaty" (opasła)

Nie jestem w stanie wywnioskować zwrotu akcji z krótkiej migawki na ekranie i wiecznie jestem o krok do tyłu za rwącą rączo do przodu fabułą. Albo dziwię się, że ktoś okazuje się kimś zupełnie innym, a „przecież było wyraźnie widać, bo on się tak krzywo spojrzał na nią” itp.

Po niedawnym seansie „Księgowego”, potrzebowałam kilku minut wyjaśnień po napisach końcowych, żeby docenić ciekawy scenariusz. Nie wspominam już nawet o fantastycznej skądinąd „Incepcji”, którą najchętniej oglądałabym w zwolnionym tempie.

Dochodzę do wniosku, że film jest dla mnie, jako forma przekazu, zbyt krótki. W porywach dwie godziny na skompresowanie historii, którą można by opisać w opasłym tomiku i smakowicie podczytywać do poduszki przez wiele wieczorów… rozmarzyłam się!

Z drugiej jednak strony umiejętność koncentrowania treści, jako przeciwieństwo wodolejstwa, jest, zwłaszcza dziś, niezwykle cenna.

Cenna po pierwsze dlatego, że wszystko dookoła przyspiesza wykładniczo i coraz więcej treści walczy o naszą uwagę, coraz mniej czasu jesteśmy skłonni poświęcić każdej z nich.

Ale cenna również dlatego, że trudna, a przez to rzadka. Łatwiej wyrazić ważką myśl w barokowo rozbudowanym akapicie, niż skompresować ją do króciutkiego zdanka.

Dlatego warto ćwiczyć się w odparowywaniu wody z tekstów. Gotować słowa na wolnym ogniu, bez przykrycia, aż do uzyskania treści skoncentrowanej, intensywnej, pełnej znaczenia.

Jak na przykład najsmutniejsza historia opisana w 6 słowach (przypisuje się jej autorstwo Hemingwayowi, prawdopodobnie niesłusznie):

„For sale: baby shoes. Never worn.”

(„Na sprzedaż: dziecięce buciki. Nieużywane”)

Leave a Reply