Nawałnice, łapanie wody i mój postulat: Kobieto wsiadaj za kółko!

with Brak komentarzy

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po wejściu do domu rodzinnego, to wiadra i miski pełne wody stojące w wannie. Stanęło mi przed oczami dzieciństwo, znaczone przerwami w dostawach prądu, którym zawsze towarzyszyło hasło "Olga, szybko, łap wodę!"

 

Kobieto, wsiadaj za kółko! Nalepka na wlewie paliwa: kot Simona sugerujący porę karmienia

Piątkowe nawałnice przetoczyły się przez lubuskie wyjątkowo gwałtownie. Pozrywały trakcje elektryczne, usiały pobocza dywanem gałęzi i liści – tych ledwie pożółkłych i jeszcze zupełnie zielonych. Przyglądałam im się kątem oka w trasie, ściskajac kurczowo kierownicę. Po wielomiesięcznej przerwie czułam się za kółkiem mocno niepewnie. Pokusa, żeby kolejny raz odpuścić i dać M. poprowadzic, była spora, ale nie uległam.

Kilka tygodni wcześnej dowiedziałam się, że mama mojego bliskiego przyjeciela, która zawsze była dla mnie olbrzymim autorytetem, niezwykle żywiołowa i przebojowa kobieta, nie ma prawa jazdy. Na moje zaskoczone "Dlaczego?!" odparła: "A, jakoś nigdy nie było potrzeby, Piotruś mnie zawsze odwoził do pracy, bo miał po drodze. A teraz to już się nie opłaca".

Nie mogłam uwierzyć, że taka dynamiczna kobieta jest w kwestii mobilności zależna od męża. OK, może jej akurat jest z tym dobrze, nie każdy w końcu musi jeździć autem (moja ekodusza przytakuje energicznie), ale przypomniały mi się wtedy te wszystkie panie, które nigdy nie jeździły 'bo mąż zawsze prowadził'. Czasem nawet miały prawo jazdy, ale po wielu latach przerwy umiejętność jazdy wyparowała i z prawa nie korzystały, bo po prostu się bały. A kiedy mąż odchodził albo umierał, zostawały na lodzie. Tak się składa, że pochodzę z przepięknego, ale jednak zadupia, w którym brak mobilności skazuje cię na życie półgębkiem. Zależność od łaski sąsiadów.

Zżymając się w myślach na te wszystkie kobiety, zbyt łatwo wypuszczające z rąk stery, uświadomiłam sobie, że sama nie siedziałam za kierownicą od paru ładnych miesięcy. Bo zawsze się gdzieś spieszymy, bo szybciej, bo wygodniej, pewniej jak M. poprowadzi. Przecież jeździ lepiej ode mnie. I faktycznie jeździ lepiej. A po każdej setce kilometrów staje się jeszcze troszeczkę bardziej wprawiony w te klocki ode mnie. A ja trochę słabsza. Przepaść się powiększa.

Dotarło do mnie brutalnie, że jestem na najlepsze drodze, żeby przestać jeździć w ogóle. To się przecież nie dzieje nagle. Zmiana jest pełzająca, po malutku, po troszeczku umiejętności się wykruszają, sprawność słabnie. Oddaję pole. I w momencie, kiedy sobie to uświadomiłam, powiedziałam - nie ma takiej opcji!

Dlatego właśnie zmusiłam się, żeby poprowadzić wczoraj na autostradzie. Kiedyś nie musiałam się zmuszać, bo naprawdę lubiłam jeżdzić, ale brak wprawy powoduje stres, a stres powoduje dyskomfort, którego jakże łatwo można uniknąć (śpieszymy się, więc ty poprowadź). Jeszcze większym stresem jest jazda po szatańskiej komunikacyjnie Warszawie.

Ale, choć nie planuję rozwodu, nie chcę być od nikogo zależna. Czas spiąć tyłek. W czwartek, wstrzymując oddech, pojechałam sama przez Grochów na próbę. Jutro też po prowadzę po autostradzie. I Was, kobiety, które nie muszą, ale chcą jeździć, zaklinam - wsiadajcie za kółka! Ćwiczcie, nabierajcie wprawy! Nie oddawajmy pola!

Leave a Reply