Karolina Brach: Nie wyjeżdżam żeby uciec przed życiem – wyjeżdżam, żeby życie mi nie uciekło

with 2 komentarze

Parę lat temu moja znajoma architektka Marta wygrała wraz z grupą projektantów konkurs na projekt szkoły w Jacmel na Haiti, organizowany przez polską fundację. Będąc w Jacmel w ramach nadzoru autorskiego, poznała Karolinę, Polkę która na miejscu koordynowała prace budowlane.

Kiedy ruszyłam z moją serią wywiadów, Marta orzekła, że koniecznie muszę z nią porozmawiać. Moje argumenty, że Karolina nie do końca spełnia moje założenia, bo nie zrobiła sobie przerwy na podróż, tylko podróżuje niejako zawodowo, zupełnie jej nie przekonywały. Pogadaj z nią, sama zobaczysz - naciskała. Stwierdziłam, co mi szkodzi.

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: dziewczyna w trekkingowym ubraniu z psem, na himalajskiej ścieżce, pełnej kolorowych proporczyków

Okazja do spotkania trafiła się, kiedy Karolina wróciła z kolejnego kontraktu, tym razem w Nepalu. Do następnego wyjazdu miała kilka miesięcy, ale nie oznacza to, że siedziała w miejscu. Zdążyła się wybrać na rajd konny do Gruzji, współorganizowała festiwal górski w Lądku Zdrój i odbyła szkolenie w Szwajcarii. Udało mi się ją złapać w ostatniej chwili przed wylotem na roczny kontrakt do Libanu. Umówiłyśmy się w krakowskiej kawiarni Cytaty Cafe.

 

 

Jesteś z wykształcenia architektem. Zostawiłaś pracę we francuskim biurze i wyjechałaś odbudowywać zniszczone trzęsieniem ziemi Haiti. Miała to być jednorazowa przygoda, ale za biurko nie wróciłaś. Jak wygląda teraz twoje życie zawodowe?

Na Haiti pracowałam najpierw dla francuskiej fundacji, a potem przeszłam do drugiej, polskiej. Później już się potoczyło. Następny kontrakt to był Nepal. Teraz wyjeżdżam do Libanu. Żyję od kontraktu do kontraktu.

Jest trudno?

Nigdy nie żałowałam tej decyzji, ale czasem brak długofalowego planu zaczyna mi ciążyć. Nigdy nie wiem, co będę robiła po zakończeniu kontraktu. Owszem, teraz jest łatwiej, bo to praca znajduje mnie, ale po każdym powrocie pojawia się zmęczenie i myśl, żeby może znaleźć coś na miejscu, ustatkować się, zatrzymać.

Nie sprawiasz wrażenia osoby, która lubi się zatrzymywać. W tym krótkim czasie, kiedy próbowałyśmy się umówić, zdążyłaś być w Gruzji, Szwajcarii i pracować przy organizacji festiwalu. Ciągle jesteś w ruchu, nawet na wakacjach.

To prawda. Nawet kiedy pod wpływem “pokontraktowego” zmęczenia i namów znajomych postanawiam, że osiądę na miejscu, to mniej więcej po miesiącu wakacji i rozglądania się, co bym mogła w tym Krakowie robić - bo jak Polska to Kraków - zaczyna mnie znów nosić.

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: Dziewczyna na motocyku na górzystej drodze w Nepalu

Rzeczywiście trudno mi usiedzieć w miejscu

Nie widzisz dla siebie pracy w Polsce?

Przede wszystkim nie widzę się przed komputerem od rana do wieczora, przez pięć dni w tygodniu, więc powrót do projektowania nie wchodzi w grę. Oddaliłam się od swojej ścieżki zawodowej, czego trochę żałuję, ale z drugiej strony praca na budowie to nowe ciekawe wyzwania. Teraz do Libanu jadę jako project manager, będę zarządzać bezpośrednio 15 osobami, a w sumie cała nasza organizacja liczy tam prawie stu Libańczyków. Ponownie nie będzie to stricte projektowanie, ale nowe doświadczenie w pracy z uchodźcami. Lubię pracować w terenie, obserwować, jak projekt zamienia się w budynek.

Pierwszy raz przeogranizowałaś swoje życie wyjeżdżając na Erasmusa do Francji i zostając tam po studiach. Zbudowałaś życie od nowa, a potem zostawiłaś to wszystko, żeby wyjechać na Haiti. Nie możesz usiedzieć w miejscu?

Niektórzy znajomi mnie pytają, kiedy przestanę tak gonić, uciekać. Odpowiadam cytatem, który dobrze oddaje to, co czuję: Nie wyjeżdżam , żeby uciec przed życiem, wyjeżdżam, żeby życie mi nie uciekło. Wiesz, ja wyszłam z tradycyjnego schematu, według którego powinnam się szybko ustatkować, założyć rodzinę. Zresztą wszystko na to wskazywało – byłam w związku od podstawówki, na studiach się zaręczyłam, planowaliśmy ślub…

Co w takim razie sprawiło, że sprawy potoczyły się inaczej?

Wyjazd do Francji otworzył mi oczy. Zobaczyłam, że nie trzeba się dać w ten schemat tak szybko ładować, że jest inna droga. Poza tym rozminęliśmy się, czy raczej dorośliśmy w innym kierunku - znaliśmy się praktycznie od dziecka. Kiedy wyjechałam, mój chłopak został w Polsce i chciał, żebym jak najszybciej wracała, nie podobało mu się, że przedłużam pobyt o kolejny rok. Dążył do tego, żeby jak najszybciej założyć rodzinę i się ustatkować. Zrozumiałam, że za bardzo się różnimy, ja jestem głodna świata, on jest domatorem.

Tak, trudno być z kimś, kto ma tak skrajnie inny pomysł na życie. Zawsze jedna osoba się będzie męczyła. Ale zatrzymajmy się na chwilę przy Erasmusie. To był tak naprawdę pierwszy krok do zmiany, która u Ciebie odbywała się wieloetapowo. Co sprawiło, że postanowiłaś zostać we Francji?

Na Erasmusa trafiłam do Grenoble, a że uwielbiam góry i wszelkie aktywności, czułam się tam wspaniale. Miałam dostęp do wszystkiego, co lubię: wspinaczka, alpinizm, jazda konna, siatkówka…

Kiedy Ty na to wszystko znajdowałaś czas?

Tak, wielu znajomych mnie pyta, kiedy ja to wszystko zrobiłam - „Zaczęłaś jeszcze przed urodzeniam?” [śmiech]. Faktycznie, lubię chyba każdą aktywność, wszędzie gdzie jestem, staram się korzystać z czego się da. Na Haiti surfowałam i tańczyłam.

Ale wracając do Grenoble, było mi tam bardzo dobrze. Poziom studiów o niebo lepszy niż w Polsce, prowadzący autentycznie interesowali się Twoimi projektami, przesyłali maile z inspiracjami, ciekawe artykuły. Dorabiałam sobie jako instruktor narciarstwa. Potem dostałam pracę w biurze architektonicznym. Miałam czterotysięczniki do zdobywania, klub siatkarski, współdzierżawiłam konia. Czego więcej chcieć?

Faktycznie brzmi jak życie idealne. A znajomi? Nie tęskniłaś za przyjaciółmi, za polskim językiem?

Miałam bardzo dużo bliskich przyjaciół, w tym Polaków. Zresztą mieszkałam z Polką. Miałyśmy świetną relację, jak w rodzinie. Wspierałyśmy się w te lepsze i gorsze dni. Do tej pory utrzymujemy kontakt. Mieliśmy niesamowitą “polską rodzinkę” w Grenoble, osoby na które do tej pory wiem, że mogę liczyć!

Czyli typowe problemy emigracyjne Cię nie dotyczyły. To w takim razie dlaczego zdecydowałaś się porzucić tę sielankę i wyjechać na Haiti?

Wiele osób mnie o to pytało. „Przecież tam miałaś wszystko” - mówili.

To chyba bardzo niebezpiecznie uznać, że się ma wszystko - wtedy można się już tylko zwijać, nie rozwijać.

Tak, to prawda. Ale głównym problemem była praca. Mimo wszystko w Grenoble ciężko o stałą pracę dla architekta. Na miejscu miałam tylko krótkie kontrakty, alternatywą były dojazdy do Lyonu lub innego miasta w okolicy, co nie bardzo mi się uśmiechało. Przeprowadzać się do innego miasta i zaczynać od zera również nie chciałam. Chociaż tak mówię, to przeprowadziłam się na Haiti, jakby to nie było zupełnie wszystko nowe. Stwierdziłam jednak, że to co innego, tak innego, że nowe to za mało powiedziane. Jak skakać, to na głęboką wodę.

No właśnie, jak to się stało, że z Grenoble trafiłaś na Haiti?

Chciałam pojechać w góry Ameryki Południowej i według tego klucza szukałam pracy albo wolontariatu. Wpisywałam po francusku w wyszukiwarkę hasła typu „architekci bez granic”, analogicznie do lekarzy bez granic. Tak trafiłam na francuską organizację realizującą projekt w Boliwii. Niestety ten akurat się kończył, więc nie rekrutowali, ale zaczął się nabór na Haiti. Sprawdziłam na mapie, gdzie dokładnie leży to Haiti, pomyślałam, czemu nie i wysłałam CV. Pozostawało czekać, czy moja kandydatura ich zainteresuje.

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: Dziewczyna nad zamarzniętym stawem w górach

Chociaż czasem mam chęć się zatrzymać

 

To był projekt niosący pomoc po trzęsieniach ziemi w 2010 roku?

Tak. Wyjechałam w 2012. Z rekrutacją też nie było tak łatwo, nie obyło się bez przygód. Miałam zaplanowaną wyprawę na Mont Blanc, na której bardzo mi zależało. Zdobywałam już 4-tysięczniki, ale Blanc to takie spełnienie marzenia. Wszystko było już zorganizowane, dograny termin, w tym rezerwacja schroniska Gouter, która do najłatwiejszych nie należy oraz dograna sześcioosobowa ekipa znajomych, kiedy okazało się, że w tym samym terminie mam rozmowę kwalifikacyjną. Na domiar złego w kompletnie innej części Francji.

Próbowałaś przełożyć rozmowę?

Bałam się, że już mi więcej nie zaproponują terminu. A jeszcze miałam przetransportować w góry plecak nie tylko swój, ale również kolegi, który przylatywał z Polski. Zorganizowałam transport plecaka samochodem, przez stronę taka jak blabla car tylko francuską, a sama znalazłam bezpośredni nocny pociąg. To był prawdziwy fart, bo we Francji transport publiczny jest bardzo słabo rozwinięty, a musiałam się dostać z północy Paryża do Chamonix. W poniedziałek miałam rozmowę, potem wsiadłam w nocny pociąg, rano spotkałam się z kolegami już w Chamonix, zamieniłam eleganckie wdzianko na duży plecak i poszliśmy zdobywać Blanca.

Widzę, że nie lubisz nic odpuszczać. Wszystko działo się w szaleńczym tempie. Niesamowite, że udało Ci się być w obu tych miejscach w tak krótkim czasie.

To jeszcze nie koniec! Kiedy zeszliśmy z gór, po udanym zdobyciu szczytu i włączyłam telefon, miałam nieodebrane połączenie od fundacji. Okazało się, że zapraszają mnie na kolejną rozmowę z głównym szefem w poniedziałek. Był czwartek, w sobotę miałam być w Polsce na 90. urodzinach babci, więc zapytałam nieśmiało, czy rozmowę można przełożyć. „Nie ma opcji, teraz albo nigdy”. Więc kolejna gonitwa: lot do Polski, urodziny babci, powrót do Paryża.

Logistyka była wymagająca, ale wszystko szło na rękę - więc chyba jednak tak miało być. Na rozmowie padło: „Wylot za 10 dni. Lecisz?” Nagle okazało się, że w kilka dni muszę przeprowadzić moje 4 lata życia we Francji, pozałatwiać sprawy administracyjne, dokumenty takie jak zaświadczenie o niekaralności, akt urodzenia - wszystko musiało być przetłumaczone na francuski. Wróciłam do domu i oznajmiłam rodzicom: „Mamo, tato, biorę siostrę i jedziemy na weekend do Francji po moje rzeczy, a potem lecę na rok na Haiti”. „Gdzie??”

Rodzice nie byli przygotowani na taki obrót spraw?

Nie, mówiłam im, że zamierzam wyjechać z Grenoble, ale liczyli raczej na to, że wrócę do Krakowa. Ewentualnie wyjadę do innego miasta w Europie. Mama zrobiła googlowe rozpoznanie i odbyła ze mną poważną rozmowę: „Dziecko, wiem, że nie mogę ci już zabronić, ale bardzo cię proszę, przemyśl to. Czytałam, że tam, jak kradną zegarek, to razem z ręką”. Jest tyle innych miejsc gdzie moglabyś znalezc pracę. Wiem, że rodzicom nie było łatwo oswoić się z taką wiadomoscią, ale na dzień przed wyjazdem mama powiedziała mi, że będzie się okropnie stresować, ale na moim miejscu zrobiłaby to samo.

Cudownie mieć takie wsparcie w rodzicach. Oni często w takich sytuacjach protestują, ale najczęściej robią to z troski.

Tak, ale ja rodzicom zawsze powtarzam, że nie mogą mieć do mnie pretensji, że mnie nosi. Niedaleko pada jabłko od jabłoni - mój tata jeździ na kontrakty. A oboje rodzice zaszczepili mi miłość do turystyki. Od małego brali nas pod namioty, w góry. Jak miałam trzy latka, to sama maszerowałam do Morskiego Oka - na nóżkach górskie buty, ciepłe rajtuzy, a na wierzchu spódniczka, bo inna opcja nie wchodziła wtedy dla mnie w grę [śmiech]. Ale szłam sama, nie było na rączki.

Jak widać, można, mając dzieci, nie rezygnować z aktywnego stylu życia. Naprawdę dużo zależy od podejścia rodziców. Rozmawiałam ostatnio z chłopakiem, który przepłynął Pacyfik jachtostopem. Część trasy odbyli na katamaranie rodziny z pięcioletnią córeczką. Mała była na morzu od czwartego miesiąca życia.

Niesamowite! To prawda, że z dziećmi też można żyć aktywnie, chociaż konieczne są pewne kompromisy. Dużo zależy też od wsparcia rodziny. Ale jest wiele osób, które sobie radzą.

Byłam ostatnio w Lądku Zdroju, pomagałam przy organizacji festiwalu górskiego. Wyświetlano na nim bardzo osobisty film „Mama” - o wspinaczce Kindze Ociepce. Kiedy dzieci były malutkie, to zrobiła sobie przerwę, ale potem stopniowo wracała do wspinaczki. Powiedziała, że nie chce, żeby dzieci jej kiedyś wypomniały, że to przez nie porzuciła swoje pasje. Oczywiście wymaga to więcej wysiłku, ale da się. Trzeba tylko chcieć - i mieć wsparcie.

Jak się chce, to można być jednego dnia na Mont Blanc, drugiego na rozmowie kwalifikacyjnej w sprawie Haiti a kolejnego na urodzinach babci. Wszystko zależy od tego, jak ci zależy. Ale wróćmy do Haiti. Powiedziałaś w wywiadzie z Tygodnikiem Powszechnym, że Haiti nauczyło cię cierpliwości. Opowiesz coś więcej?

Wydawało mi się, że Haiti nauczyło mnie cierpliwości, ale jak wyjechałam do Nepalu, to się okazało, że jednak jeszcze jest co ćwiczyć [śmiech].

Zacznijmy od Haiti. Domyślam się, że to różnice kulturowe wystawiały Twoją cierpliwość na próbę?

Tak. Haitańczycy nic nie planują, żyją z dnia na dzień. Na spotkania przychodzą zawsze spóźnieni, bez cienia poczucia winy oczywiście. Albo mówią: widzimy się jutro, jak bóg da. I nigdy nie ma pewności, czy się zjawią, czy nie. Mimo napiętej sytuacji politycznej są wyluzowani. Nie spieszą się, jeśli chodzi o pracę. To jest trudne, zwłaszcza jak pracujesz dla organizacji, która ma terminy i napięty budżet.

Rozumiem, że Haitańczycy nie czuli presji w związku z tym, że ludzie z drugiego końca świata przyjechali im nieść pomoc?

Nie, absolutnie. Oni działają po swojemu, a biały człowiek ma dawać pieniądze. W końcu uczysz się, że trzeba inaczej pracować. Ale z drugiej strony doceniasz to, że tam fundamenty są kopane łopatą, skał się nie wysadza, tylko wykuwa przy pomocy młota, wszystko powstaje pracą rąk. Owszem, zabiera to więcej czasu, ale satysfakcja jest bez porównania większa.

 

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: Budowa szkoły na Haiti

Docenia się, że wszystko powstaje pracą rąk

 

Na tej budowie poznałaś Martę?

Nie, na kolejnej. Na miejscu zwerbowała mnie polska fundacja, dla której grupa architektów, w tym Marta, zaprojektowała szkołę. Potrzebowali przedstawiciela na Haiti, a ja już miałam doświadczenie na lokalnej budowie, poza tym mówiłam po polsku, francusku i już nawet nieco po kreolsku.

Ten projekt szedł niestety dość opornie, między innymi przez wybory prezydenckie w 2015 roku. Zrobiło się niebezpiecznie, manifestacje pod oknami, strzały, nawet porwania. Moją koleżankę uprowadzono. Naszą budowę zatrzymali, bo szef firmy też kandydował. Ostatnia transza pieniędzy poszła na kampanię.

Porwali Twoją koleżankę?!

Tak, Francuzkę. Polaków się porywać nie opłacało, na miejscu nie ma ambasady ani nawet konsulatu. Po pięciu dniach ją oddali, na szczęście nic jej się nie stało.

No ale strachu się chyba najedliście. Czy miałaś na swoich wyjazdach sytuację, w której się jeszcze tak bałaś?

Na Haiti poczułam się trochę zagrożona, kiedy stosunkowo obca osoba (koleżanka koleżanki) znalazła mnie, pytając ludzi na targu. Powiedziano jej, że Karolina-Polka w ten dzień, jest tu i tu, na lekcji tańca. W kontekście tych porwań poczułam dyskomfort i stwierdziłam, że czas zmienić rutynowe zajęcia.

A w Nepalu bałam się w zupełnie inny sposób, taki pierwotny, kiedy poszłam biegać i na swojej drodze spotkałam dwie pumy. Biegłam ścieżką i usłyszałam hałas na zboczu. Kiedy zobaczyłam, że to nie małpy, jak w pierwszej chwili sądziłam, przekonałam się jak szybko i błyskotliwie człowiek analizuje sytuację pod wpływem adrenaliny. Przeliczyłam, w którą stronę one mogą pobiec i zrobiłam szybki w tył zwrot.

Wszystkie osoby, z którymi rozmawiałam w ramach tego cyklu, zwracały uwagę na to, że podróż uczy przede wszystkim dystansu, nieprzejmowania się drobiazgami - dopóki nie ma zagrożenia życia albo zdrowia, to nie ma problemu.

O tak, to prawda, przestałam się przejmować drobnostkami. Ostatnio pojechałyśmy z siostrą do rodziców i okazało się, że przed ich domem postawiono słupki blokujące parkowanie. Dla siostry i rodziców to był temat dnia, ja stwierdziłam, że po prostu będziemy parkować dalej. Nie mam na to wpływu, więc się nie przejmuję. W ten sposób patrzę teraz na wiele „problemów”. Ktoś się ślimaczy na światłach? Trudno, pojadę na następnej zmianie. Nic się nie dzieje.

Kiedy umawiałyśmy się na spotkanie wspomniałaś, że ciężko odchorowałaś szczepionkę. Powiedz, jak sobie radzisz z tragicznymi historiami, których byłaś świadkiem - zostawiły trwały ślad? Czy można się uodpornić na widok cierpienia, tak jak można zyskać odporność na choroby?

Owszem, na Haiti widziałam rzeczy, których wolałabym nie zobaczyć. Ale jestem pozytywną osobą, wiem, że na świecie są tragedie, ja staram się pomóc na tyle na ile mogę.

Czasem tylko nie można zrobić za wiele i te ograniczenia mogą być frustrujące.

Tak, czasem jest ciężko. Już w pierwszym tygodniu na Haiti poczułam taką bezsilność. Nadzorowaliśmy odbudowę i wzmacnianie konstrukcji domów, tak, żeby były odporne na przyszłe trzęsienia ziemi. Oszacowaniem zniszczeń i zakwalifikowaniem budynków do remontu zajmował się ktoś inny. Według kodu kolorystycznego zielone nie wymagały napraw, żółte nadawały się do odbudowy, czerwone wyłącznie do rozbiórki. My zajmowaliśmy się żółtymi.

Na miejscu zaczepiła nas kobieta i pokazała swój dom, który ewidentnie groził zawaleniem: ogromne szczeliny na przestrzał w każdej ścianie, zasłonięte zasłonami. Mieszkała tam z dziećmi i nie mogła zrozumieć, dlaczego zajmujemy się domami, które wymagają tylko drobnych napraw, a takie jak jej omijamy. I jak płaczącej kobiecie wytłumaczyć, że jej dom został oznaczony na czerwono, nie opłaca się go remontować, bo to wymagałoby ogromnych nakładów. Żółtych domów byliśmy w stanie wyremontować o wiele więcej niż czerwonych. A sponsorzy nie pytają o skalę zniszczeń w naprawianych budynkach, tylko o ilość. Lepiej brzmi, że fundacja odbudowała 300 domów, niż na przykład tylko 30. To jest naprawdę przykre.

Na końcu wszyscy patrzą na liczby.

Tak. I to był taki obrazek, który zostaje w głowie. Praca przy odbudowie szpitala też pozostawiła ciężkie wspomnienia. Brak leków, lekarze umawiający się na wizyty „jak bóg da”, przerwy w dostawach prądu. Najgorsze, że wielu tragedii można było uniknąć, wystarczyłaby odrobinę lepsza organizacja.

Prądu na przykład brakowało regularnie, więc szpital miał generator. Co z tego, skoro paliwo organizowano zawsze na ostatnią chwilę. Dla wcześniaka, który wymagał inkubatora, liczyła się każda chwila. Paliwo dotarło za późno i dziecko zmarło. A można je było uratować. Dla mnie to było niewiarygodne.

Tak, co innego, gdyby taka tragedia wydarzyła się gdzieś w dziczy - ale kiedy na miejscu jest wszystko: szpital, inkubator, generator prądu, brakuje tylko wyobraźni, przygotowania - to się faktycznie nie mieści w głowie.

Dokładnie. To jest kwintesencja mentalności Haitańczykow: życie z dnia na dzień. Niepewna sytuacja polityczna sprawia, że Haitańczycy płyną z prądem, z jednej strony jest ten luz, brak planowania, ale czuć też napięcie. Na ulicach widać broń, ludzie próbują załatwiać sprawy siłowo - sama doświadczyłam gróźb.

Dużym problemem jest niski poziom wykształcenia. Byłam świadkiem, jak dorośli ludzie ze zdziwieniem odkrywają, że ich ojczyzna leży na wyspie. Wielu wierzy, że morska woda chroni od niechcianej ciąży i HIV, na imprezach powszechnym widokiem są pary uprawiające seks w morzu.

W ogóle pod względem obyczajowym Haitańczycy są bardzo swobodni. Zdarzyło mi się po chwili rozmowy usłyszeć niedwuznaczną propozycję „Może zrobimy kawkę z mleczkiem?” To i tak jeszcze nie było najmniej dyplomatyczne. Inny na jednym oddechu zapytał mnie, czy z nim będę i czy mam paszport żeby wyjechać do Ameryki

Zależy im na wyjeździe z Haiti?

Tak, wielu chce się wyrwać, najczęściej do Stanów. Ale kiedy już im się uda, wcale nie są zachwyceni. Przekonują się, że w tej wymarzonej Ameryce trzeba ciężko pracować na sukces i wracają na Haiti.

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: Europejka z tłumaczy grupie Haitańczyków plany budowlane

Nauczyłam się zarządzać ludźmi na budowie

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: Europejka z dwoma Haitańczykami w kaskach budowlanych

Praca z Haitańczykami wymaga zmiany podejścia

 

Aż się boję zapytać, jacy są w takim razie Nepalczycy? Mówiłaś, że kontakt z nimi wymagał jeszcze większej cierpliwości.

W Nepalu problem był zupełnie innego rodzaju. Wyrażanie emocji jest tam w bardzo złym tonie. Nikt nie podnosi głosu, intonacja jest cały czas taka sama i często trudno się domyślić, o co im chodzi. Mówienie wprost jest nie do pomyślenia, dla tak bezpośredniej osoby jak ja to bardzo frustrujące.

Przy Nepalczykach wypracowałyśmy z koleżanką formę komunikacji, którą nazwałyśmy „xanax mode” - kiedy któraś z nas mówiła nienaturalnie spokojnym tonem, to oznaczało, że w środku się gotuje i jest na skraju wybuchu.

Nepalczycy nie przyznają się też, że czegoś nie potrafią, bo nie wypada. Komunikacja wymaga ogromnej dyplomacji, obchodzenia tematu dookoła. To bardzo utrudnia wspólną pracę.

Skrywanie emocji i nieprzyznawanie się do niewiedzy to chyba cecha wspólna wielu azjatyckich nacji. Marta to samo opowiadała o Chińczykach.

To jest trudne. Ale poza tym Nepalczycy są bardzo przyjacielscy. Sam Nepal też ogromnie mi się podobał - góry, fantastyczne widoki, cisza, spokój.

Chociaż warunki życia nie były łatwe. Mieszkaliśmy w domach bez bieżącej wody. Wyobraź sobie prysznic w lodowatym pomieszczeniu z dziurą w ziemi i otworem zamiast okna - szyby nie było - masz wiadro wody podgrzanej grzałką elektryczną i musisz się na tym ziąbie rozebrać i polewać tą wodą po trochu, żeby wystarczyło. To wymagało niezłego samozaparcia, więc odsuwało się prysznic na kolejny dzień, potem znów na kolejny... W końcu i tak mam czapkę na głowie, nikt nie zobaczy, że mam tłuste włosy [śmiech].

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: Dziewczyna przy biurku zawinięta w gruby koc

W Nepalu najbardziej dokuczał chłód

 

Skoro warunki są tak ciężkie, to co sprawia, że jednak chcesz jechać kolejny raz?

Teraz to będę żyła w luksusach. Ma być ogrzewanie w zimie i bieżąca woda. Nawet ciepła! [śmiech]. Ale na poważnie, mnie ciężkie warunki nie przeszkadzają, jestem przyzwyczajona z harcerstwa, do wypraw bez luksusów, pod namioty.

A z drugiej strony te wyjazdy dają mi okazję poznać nie tylko siebie, ale również niesamowite miejsca i ludzi. W Nepalu mieszkałam w przepięknej wiosce na końcu świata. Nepalczycy są otwarci, ciepli, gościnni. Nie skarżą się, chociaż żyją w skrajnie trudnych warunkach - skala zniszczeń jest tam ciągle ogromna, 90% ludzi wciąż mieszka w blaszanych schronieniach.

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: dom osunięty na zbocze góry

Skala zniszczeń w Nepalu wciąż jest ogromna

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: młoda Europejka ze starszą Nepalką

Nepalczycy mimo trudnych warunków są bardzo przyjacielscy i gościnni

 

Bardzo fajna jest też świadomość, że nie pomagamy tylko doraźnie. Odbudowując zniszczone domy, zatrudniamy lokalnych pracowników, których szkolimy. Potem wyjeżdżamy, ale zostawiamy im wiedzę, umiejętności, dzięki którym mogą zmienić swoje życie. Kiedy przychodzi do ciebie człowiek i dziękuję za to, że w końcu ma pracę, zarabia, to jest bardzo budujące.

Oczywiście bywają też frustrujące chwile. Na przykład kiedy wszelkie propozycje nawet prostych ulepszeń: wprowadzenie do projektu kominów, izolacji, spotykają się ze sprzeciwem lokalnych władz. Ale mimo wszystko bardzo chciałam zostać w Nepalu dłużej, tylko nie dostałam wizy. Stąd nowe wyzwania. Na Bliskim Wschodzie jeszcze nie byłam.

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: odbudowa domu zniszczonego trzęsieniem ziemi w Nepalu

Dajemy ludziom umiejętności, które mogą wykorzystać także po naszym wyjeździe

 

Domyślam się, że do Libanu jedziesz pomagać Syryjskim uchodźcom. Czym dokładnie będziesz się zajmować?

Organizacją schronów - namiotów, doprowadzaniem mediów do nieoficjalnych obozów, przynajmniej na tyle, na ile to jest możliwe. Będzie też renowacja nieukończonych budynków, by zapewnić podstawowe warunki, oraz adaptacja tych namiotów i nieukończonych budynków dla potrzeb osób starszych i niepełnosprawnych.

Czytałam, że w Libanie nie ma obozów dla uchodźców.

Nie ma oficjalnych obozów, rząd nie zgadza się na założenie stałych obozów w obawie, że Syryjczycy już tam zostaną, tak jak zostali Palestyńczycy. Dlatego organizacje zmuszone są utrzymywać permanentny stan tymczasowy: prowizoryczne latryny, ciężarówki dowożące wodę, bo studni nie można wykopać - to by oznaczało, że obóz jest stały. Będę się zajmowała organizacją prac oraz poszukiwaniem rozwiązań mniej tymczasowych.

Drugą odnogą działalności fundacji jest przerabianie nieużywanych domów Libańczyków w miastach na mieszkania dla uchodźców. Podpisuje się kontrakt z właścicielem, w zamian za dokonanie podstawowych napraw, doprowadzenie instalacji, Syryjczycy otrzymują obniżkę czynszu lub darmowy pobyt przez rok. Będę również odpowiedzialna za projekt ulepszania warunków osób starszych i niepełnosprawnych, zarówno w obozach jak i w tych nieukończonych budynkach. Instalacja poręczy, ramp, ułożenie chodniczka do dojścia do latryn itp.

Haiti i Nepal nauczyły Cię cierpliwości, porozumiewania się z ludźmi pochodzącymi z zupełnie innych kultur, współpracy mimo tych różnic. Co jeszcze dają takie wyjazdy?

Najwięcej uczysz się o sobie. O tym, jak sobie radzisz w kryzysowych sytuacjach, jak rozwiązujesz problemy. Ja przekonałam się, że dobrze działam pod wpływem stresu i tym lepiej się organizuję, im więcej mam na głowie.

W takiej podróży-pracy można też poznać kraj od podszewki. Dzięki temu, że jesteś dłużej na miejscu, pracujesz z lokalnymi, możesz zobaczyć to, czego zwykły turysta nie zobaczy. W Nepalu byłam na przykład na ceremonii hinduistycznej, a na Haiti udało mi się uczestniczyć w prawdziwej ceremonii voodoo. Z koleżanką byłyśmy jedynymi białymi, spędziłyśmy w ich świątyni całą noc, widziałyśmy ludzi wpadających w trans. Jako zwykła turystka nigdy bym się w takie miejsca nie dostała, co najwyżej mogłabym obejrzeć wyreżyserowaną namiastkę pod publikę.

Nawiasem mówiąc, wiesz, że nasza Matka Boska Częstochowska jest jednym z bóstw na Haiti?

Naprawdę? Jak to możliwe?

Polacy mają na Haiti swoją historię. Przyjechali z legionami Napoleona, żeby stłumić powstanie, ale stanęli po stronie powstańców i stracili możliwość powrotu. Część z nich została piratami - z Karaibów - a część osiedliła się na wyspie. Dlatego dziś można spotkać tam ciemnoskórych ludzi o błękitnych oczach. Robią piorunujące wrażenie. Z powodu tej historii Polacy są na Haiti bardzo lubiani, a Matka Boska uczestniczy w ceremoniach voodoo jako Erzuli, bogini piękna i miłości.

 

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: wymalowani ludzi - Europejki i Haitańczycy - na tle muralu

Mieszkając dłużej w kraju, można poznać go od podszewki

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: Europejka w światyni trzyma Nepalskie dziecko

Brałam udział w uroczystościach, na które jako turystka nie miałabym wstępu

Nie miałam o tym pojęcia. Ale o tym, że podróże kształcą, wiadomo nie od dziś. Wymieniłaś sporo zalet takiego stylu życia na walizkach. A jakie są koszty? Co tracisz przez to, że porzuciłaś ten najpowszechniejszy schemat?

Kiedy leciałam na Haiti, moja babcia po raz pierwszy pożegnała się ze mną tak, jak byśmy się miały już nie widzieć. Mocno to przeżyłam. Pytałam potem mamy, czy przypadkiem nie dokonuję złych wyborów, czy nie powinnam spędzać z nią więcej czasu, zamiast jeździć po świecie. Odpowiedziała, że babcia przede wszystkim chciałaby, żebym żyła własnym życiem.

Gdybyś mieszkała w Polsce, też nie spędzałabyś z bliskimi tyle czasu, ile byś chciała. Wiem z własnego doświadczenia.

Pewnie tak. W każdym razie babcia już teraz za każdym razem żegna się ze mną tak, jakbyśmy się miały już nie zobaczyć. To jest dla mnie trudne, ale ją rozumiem. Mam świadomość, że będę daleko, pewnie zbyt daleko żeby zdążyć się pożegnać gdyby coś się stało.

Co jeszcze jest trudne i jak sobie z tym radzisz?

Tak jak mówiłam, męczące jest zaczynanie wszystkiego za każdym razem po kontrakcie od początku. Dlatego myślę o tym, żeby znaleźć pracę w fundacji jako koordynator projektów lub konsultant pracujący zdalnie, z Europy - mogłabym służyć pomocą tym którzy są w terenie, odwiedzając projekt od czasu do czasu. Do tego potrzeba jednak doświadczenia i to najlepiej z różnych krajów. Stąd kolejny powód wyjazdu na Bliski Wschód. 

Nie chcę rezygnować z międzynarodowego środowiska pracy, bo to mi bardzo dużo daje. Lubię Polaków, ale od innych nacji można się nauczyć tak wiele, dystansu, poznać różne perspektywy. Wielonarodowe towarzystwo wnosi świeżość i lubię pracować w języku obcym.

Trochę brakuje mi też mojego miejsca na ziemi. Pierwszy raz odczułam to jako problem, kiedy przyjechałam na urlop z Haiti. Po przyjeździe z Francji wrzuciłam swoje rzeczy do garażu siostry. Moja mama w dobrej wierze przeniosła część z nich do swojego mieszkania, żeby nie zawilgły. Wyprała. Pochowała do szaf. Doceniam to, ale nagle okazało się, że nie mam pojęcia, gdzie co mam. Chcę jechać na narty i nie wiem, gdzie mam szukać sprzętu: w garażu, w mieszkaniu rodziców, u siostry.

Teraz albo nie mam żadnych kluczy, albo kilka kompletów. Szczoteczek do zębów dorobiłam się już w paru mieszkaniach, ponieważ nigdy nie wiem, gdzie będę spać. Dlatego w torebce zawsze mam majtki na zmianę. Chyba po powrocie z Libanu sprawię sobie jakąś klitkę, gdzie będę mogła trzymać swoje rzeczy i nocować, kiedy jestem w Polsce, żeby mieć coś swojego.

Przyjaciół i znajomych masz w wielu miejscach, utrzymujesz kontakty z masą osób. Ale nie brakuje Ci stałego związku?

Poznany na lotnisku Hindus wywróżył mi z horoskopu, że spotkam Francuza i ten związek będzie już finalny, więc chyba nie mam się co martwić [śmiech].

Ale na poważnie, wierzę, że jak przyjdzie czas, znajdę kogoś, kto podziela moją wizję życia i albo mnie zatrzyma, albo za mną pobiegnie. Ale nic na siłę. Tak samo z dziećmi - wierzę, że kiedy znajdę odpowiedniego partnera, przyjdzie na to czas. A jak nie, to będę rozpieszczać cudze dzieci i też będzie w porządku.

Doba z gumy, Wywiad z Karoliną Brach: Europejka na plaży z Haitańskimi dziewczynkami, które plotą jej warkocze

Najwyżej będę rozpieszczać cudze dzieci - też będzie dobrze

Do tej pory świat mi wszystko podsuwał - wszystkie ciekawe propozycje i znaki niewątpliwie pochodziły od losu, ja tylko decydowałam, czy za tymi znakami podążać, czy też nie. Zawsze dobrze na tym wychodziłam, a jak nie, to sprawiałam tak, żeby dobrze na tym wyjść, tak że nie powinnam się martwić.

Nowa przygoda przede mna, Liban - uwaga nadchodzę!

 

2 Responses

  1. Aga czyli Plannerka
    | Odpowiedz

    Fantastyczny! Oczywiście już w głowie przepracowuję to, co tu przeczytałam o planowaniu, ale całość uniwersalnie biorę dla siebie! Od kilku miesięcy myślę o tym, żeby w przyszłym roku postawić na podróże, i teraz jeszcze się w tym umacniam. Równie spektakularna nie będę, ale zadbam o to, żeby tyłek ruszać systematycznie. Dziękuję Dziewczyny!

    • Olga
      | Odpowiedz

      Super!! Mnie też Karolina zainspirowała do spróbowania czegoś nowego 🙂 Trzymam kciuki za Twoje podróże. Buziaki!

Leave a Reply