Jesień przyszła, nie ma na to rady

with Brak komentarzy

Ledwie zwlekłam się z łóżka. Za oknem gołębioszaro, w domu chłodno. Przemykając jak zombie po mieszkaniu zastrzygłam uszami - nie chciało mi się wierzyć, w to co słyszę, więc otworzyłam okno. Nie wydawało mi się, pada.

 

Jesień przyszła: mokre od deszczu płytki balkonowe

Po serii pięknych dni, które, jeśli się przymknęło oko na oscylujące w okolicach zera temperatury o poranku, pozwalały trwać w złudzeniu, że jeszcze mamy lato, nieodwołalnie i definitywnie przyszła jesień.

Dziś już byśmy się nie pokusili o taki spontaniczny wypad do Lasu Marysińskiego na rowerach jak wczoraj. Wskoczyliśmy na rowery zaraz po pracy, przewietrzyć głowy po ciężkim poniedziałku. Las pachniał igliwiem, zieleń z lekka tylko upstrzona żółtymi cętkami, dała odpocząć zmęczonym oczom. Było fantastycznie: ciepło, pusto i cicho (jeśli nie liczyć białego szumu trasy).

O tym, że to jednak już nie lato, przypomniał nam szybko zapadający zmrok. Z Wesołej wracaliśy już praktycznie po ciemku, zamglony księżyc, który zaczął wypełzać na niebo, nie oświetlał piaszczystych ścieżek pełnych korzeni ani trochę, więc ostatni odcinek pokonaliśmy szosą. Wtedy poczuliśmy już bardzo gruntownie, że jesień przyszła i nie ma na to rady. Zapach palonych śmieci to nieomylny znak.

 

Leave a Reply