Hubert Stuczyński: Kiedy już raz posmakowałeś nieograniczonej czasem podróży, nie zadowolą cię dwutygodniowe wakacje

with 4 komentarze

To niesamowite: odkąd wpadłam na pomysł serii podróżniczych wywiadów, w cudowny sposób pojawiają się na mojej drodze kolejne ciekawe postacie. Namiar na Huberta dostałam od mojej poprzedniej rozmówczyni, Eli Tiszczenko. Wiem o nim tylko tyle, że na rowerze przejechał samotnie pół Azji. A może - aż tyle. Zdzwaniamy się i okazuje się, że Hubert jest właśnie w trakcie przeprowadzki do Warszawy. Umawiamy się na rozmowę, kiedy już zapakuje swoje życie w pudła i przewiezie do stolicy. W międzyczasie przeglądam bloga Huberta www.kierunek-wschod.com i upewniam się, że warto z nim porozmawiać.

Mężczyzna na rowerze, na tle gór Kazachstanu

Poznałam Cię jako postać pojawiającą się na moment w podróżniczej historii Eli. A jaka jest Twoja opowieść o podróży? Jak to się stało, że podróżowanie pojawiło się w Twoim życiu - za sprawą ludzi, a może książek z dzieciństwa?

Zaczęło się od książek o Tomku - kojarzysz? “Tomek w krainie kangurów”, na tropach yeti itd.

Oczywiście, seria Alfreda Szklarskiego! Uwielbiałam je prawie tak samo, jak „Pana Samochodzika” i wszystkie inne książki dla małych chłopców.

No właśnie. Zaczytywałem się w tych książkach i to chyba zasiało pierwsze ziarno. Większość tomów dostałem nawet podwójnie - ewidentnie dziadek z wujkiem nie konsultowali prezentów dla mnie. Chyba obaj chcieli mi miłość do podróży wszczepić za młodu. Nawiasem mówiąc, słyszałaś, że Szklarski podobno nigdy nie wyjechał z kraju? On te wszystkie dalekie kraje opisywał na podstawie encyklopedii. To jest też trochę powód, dla którego ja podróżuję - mam to szczęście, nie wszystkim niestety ­­­dostępne, że mój paszport umożliwia mi przekraczanie większości granic. Skoro mogę, to uważam, że należy to wykorzystywać. Marzy mi się, żeby ludzie z tych miejsc, które odwiedziłem, a którzy teraz nie mogą wyjechać poza granice swojego kraju, też mieli takie możliwości. Chciałbym kiedyś móc ich ugościć u siebie, tak jak oni gościli mnie.

Więc zaczęło się od książek. A czy ktoś z Twojej rodziny, przyjaciół, podróżował?

Mam takich ‘wujków’, znajomych rodziny, którzy bardzo dużo jeździli po świecie. Nie byli jakimiś hipisami, normalnie pracowali, zbudowali dom. Z tym, że prawie w tym domu nie mieszkali, bo każdą wolną chwilę poświęcali na podróże. Ciągle gdzieś wyjeżdżali. Podobało mi się to. Też tak chciałem. Trochę żałuję, że nie wyjechałem jeszcze na studiach, kiedy miałem dużo czasu, ale z drugiej strony nie chciałem się wozić za pieniądze rodziców. Tak naprawdę cieszę się, że kiedy w końcu pojechałem, to za własne fundusze, na własnych zasadach.

No dobrze, ale mimo że wielu ludzi wyjeżdża często na wakacje, to jednak rzadko kto od razu na półtora roku. Skąd Ci się wziął pomysł na taką długą wyprawę?

Z poczucia, że już dłużej nie mogę patrzeć na mapy i wyobrażać sobie tych wszystkich miejsc, których nie zobaczę, nie odwiedzę, pracując i korzystając tylko z urlopów. Chciałem zobaczyć ten cały świat, który znajduje się pomiędzy miejscami popularnymi dla turystów - niech nawet będzie zwyczajny, ale odkryty “własnoręcznie”.

Pamiętam taki moment olśnienia, gdy byłem z tatą w Gruzji na wycieczce rowerowej. Jechaliśmy w pobliżu granicy z Armenią, już dosyć zmęczeni i trafiliśmy na wzgórze, na które bardzo chciałem wjechać, ale tata wolał złapać stopa i odpuścić widoczny jak na dłoni, wielokilometrowy podjazd. Koniec końców złapała nas i wwiozła na górę swoim pick-upem  para z Izraela. Niedługo potem, na płaskim szczycie wzgórza zauważyliśmy inną parę, która coś dłubała przy rowerach. Widać było, że oni by stopem nie podjechali. Przykurzeni, z wypłowiałymi sakwami, ubrani nie w modną lycrę, tylko jakieś pidżamopodobne łachy, wyglądali na takich, którzy byli w podróży od dawna. Okazało się oczywiście, że to Polacy: para nauczycieli, którzy w ciągu roku szkolnego uczą w szkole, zimą pracują jako instruktorzy narciarstwa, ale w każde wakacje, rok w rok wskakują na rower i przez dwa miesiące są w podróży. Dwa miesiące - wow! Mnie się wtedy wydawało, że trzytygodniowa wyprawa rowerowa to jest coś, że jestem taki kozak, a tutaj oni co roku, przez całe lato, zwiedzają świat na rowerze. Mają czas na zatrzymanie się pomiędzy kolejnymi punktami do odhaczenia. Coś mi się wtedy otworzyło w głowie. Ja też tak chciałem! I to mógł być pierwszy taki moment.

A kolejny, który ugruntował we mnie postanowienie o długiej podróży, miał miejsce w Wietnamie. Byliśmy wtedy na, wydawało mi się, że już bardzo długiej, bo miesięcznej, wycieczce, ale oczywiście, chcąc zobaczyć i przeżyć jak najwięcej, znów ganialiśmy z Elą z jednego miejsca w drugie. Wtedy mi to wystarczało, ale obiektywnie, za daleko nosa poza utartą ścieżkę nie wyściubiliśmy - próbowaliśmy, ale infrastruktura stworzona dla masowego turysty bardzo to utrudnia. Przez Wietnam można przejechać na dwa sposoby - drogą szybkiego ruchu wzdłuż wybrzeża, albo drugą, malowniczą trasą  wiodącą przez góry w centralnej części kraju. My nie mieliśmy wyboru, bo autobusy jeździły tylko nadbrzeżną autostradą. Pamiętam ten moment, jak już dojechaliśmy na południe: wysiedliśmy wytelepani z autokaru, z przemoczonymi od całonocnej ulewy plecakami i wtedy zobaczyliśmy tego faceta na czarnym motorowerze. Zjeżdżał w pędzie z gór, w naszych oczach przeżywając niedostępny nam fragment Wietnamu “od środka”. Jak ja mu wtedy zazdrościłem! Wydawało mi się to szczytem wolności i frajdy. Potem, jak wróciłem do Wietnamu na rowerze, okazało się, że to tak naprawdę rodzaj atrakcji turystycznej, wokół której wytworzył się cały przemysł: na północy Wietnamczycy masowo remontują i malują na czarno motocykle, obowiązkowo Hondy, bo to taki kultowy model. Za kilkaset dolarów można sobie nabyć taką Hondę, przejechać na niej przez górzyste serce kraju, a potem sprzedać ją na dole. Parę lat wcześniej oddałbym wiele za taką podróż. Teraz kręci mnie to już trochę mniej - dlatego, że tę kiedyś niedostępną trasę przeżyłem jeszcze bardziej, pokonując ją o własnych siłach, na co kiedyś na pewno nie byłem gotowy. Ale to właśnie tak jest - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

W każdym razie, zastanawiałem się po Twoim telefonie nad tym, co mnie właściwie skłoniło do tego wyjazdu i gdybym miał określić, kiedy podjąłem decyzję o tym, że chcę podróżować dłużej, niż pozwala na to standardowy urlop - to była ta coraz bardziej nieznośna myśl, że tyle świata pozostanie poza moim zasięgiem, dopóki nie wskoczę weń na całość. I to coraz bardziej wciągające patrzenie na mapy, z powracającym pytaniem - kiedy będę mieć czas, by samemu pozaglądać w te wszystkie zakamarki świata, do których nie można, ot tak, polecieć samolotem?

- To już wiem skąd pomysł. A jak było z realizacją - czy trudno było te plany przekuć w rzeczywistość? Ile trwał ten proces - od pierwszego nieśmiałego marzenia do momentu, kiedy spakowałeś się i wyruszyłeś w podróż?

Marzenie o podróży nosiłem w sobie dosyć długo, ale tak jak Ci mówiłem, nie wyjechałem na studiach, a potem oczywiście już było dużo trudniej, bo wpadłem w rytm pracy. Tak minęło kilka lat. Natomiast przekroczenie tego magicznego Rubikonu w głowie, postanowienie „jadę!” - to był moment. Pamiętam, to było jakoś zimą, kiedy pomyślałem, że nigdy nie będzie lepszego czy idealnego czasu. I gdy taka myśl już się zalęgnie, to nie ma od niej odwrotu. Wystarczyło kilka nocy nieprzespanych od nawału myśli, szkicowania na gorąco trasy i mgliste marzenie nabrało realnych kształtów. Po krótkiej analizie planowanej trasy pod kątem klimatu wiedziałem, że jeśli nie wyruszę za dwa miesiące, w tamtym sezonie nie zdążę już za wiele przejechać, nim zaczną się srogie na tej szerokości geograficznej mrozy. Było to zdecydowanie za mało czasu, żeby się dobrze przygotować, więc jedyne, co mi pozostało, to wyruszyć za rok, z końcem zimy, w pierwsze optymalne okno pogodowe.

Miałem jeszcze krótki moment zawahania, bo na horyzoncie rysował się awans. Przeszło mi przez myśl, czy nie odłożyć tego wszystkiego jeszcze o kolejny rok i wyjechać za dwa lata. Ale uświadomiłem sobie, że jak będę na wyższym stanowisku, wtedy będzie mi jeszcze trudniej zostawić to wszystko i zostałem przy pierwszej decyzji. Na taką zmianę w życiu nie ma dobrego, ani złego momentu - a wymówek, by czegoś nie zrobić, nigdy nie brakuje.

Ten rok przygotowań, planowania trasy, ślęczenia nad mapami, kompletowania sprzętu, to był jeden z najfajniejszych okresów w moim życiu, nie licząc oczywiście samej wyprawy. No i mogłem sobie nawet pozwolić na bezkarne gadżeciarstwo, bo jak masz to wszystko wieźć w sakwach przez pół świata, to faktycznie ma znaczenie, żeby było lekkie i wytrzymałe, przemyślane.

Właśnie, a skąd w ogóle pomysł, żeby pojechać rowerem?

Bo rower to najfajniejszy sposób przemieszczania się! Gdy jedziesz samochodem czy lecisz samolotem, olbrzymie kawały kraju po prostu migają ci przed oczami. Na rowerze poruszasz się wolno, więc wszystkiemu można się przyjrzeć, poczuć, ale jednak jest szybciej, niż gdyby się szło pieszo. Odczuwam też przyjemność z przebywania przestrzeni o własnych siłach, choć nie zawsze - czasem jak wieje w twarz, nawierzchnia jest kiepska, to jadąc z tym całym dobytkiem czujesz, że szybciej byłoby jednak na piechotę (śmiech).

Ale nie tylko o prędkość chodzi. Na rowerze jestem równy z ludźmi, których mijam i spotykam. Mogę mieć pieniądze i luksus podróżowania, ale gdy leje deszcz, jest zimno, albo upał jest nie do wytrzymania - nie jestem w niczym inny od człowieka, który w cieniu tego samego drzewa odpoczywa ze swoim stadem kóz. A dzięki temu, że mogę zajrzeć tam, gdzie inni turyści nie mają jak dotrzeć, miejscowi też są ciekawi przybysza, który zabłądził akurat w ich strony i bardzo łatwo jest nawiązać z nimi kontakt. I dziwią się też niezmiennie, że ten człowiek jedzie bez żony.

Rowerzyści to jest też bardzo fajne plemię, lubiłem od czasu do czasu przejechać jakąś część trasy z innymi. Oczywiście, trafiają się też tacy, z którymi nie da się porozmawiać o niczym innym, niż o drogim sprzęcie, ale to raczej wyjątki. Był taki jeden, człowiek na żółtym rowerze… Kto mógł, unikał go, ale pamiętaj, że rowerem nie da się zbyt szybko uciec. Ale, poza tym, poznałem naprawdę wiele fantastycznych osób, z którymi już na wstępie masz ogromnie wiele wspólnego, skoro dotarliśmy tak daleko od naszych domów w ten, a nie inny sposób. Z niektórymi utrzymujemy do dziś całkiem bliski kontakt, śledzę ich kolejne wyprawy, zazdroszczę tym, którzy wciąż pedałują.

Hubert pozuje na rowerze, w tle góry

Hubert na azjatyckim szlaku

 

No właśnie, rozmawiałam już o tym z Elą - to że jedzie się na taką wyprawę samemu, nie oznacza wcale, że będzie się podróżować samotnie. Ela mówiła, że tak naprawdę to kwestia wyboru.

Dokładnie. Można jechać samemu, można się do kogoś przyłączyć - to twój wybór. Super było od czasu do czasu pojechać w grupie, która się rozumie bez słów. Z większością rowerzystów dzieliliśmy podejście do życia, poczucie humoru, zamiłowanie do natury i prostoty życia w drodze. Nie może być inaczej. Pamiętam taką sytuację, gdy przejechaliśmy wspólnie wyjątkowo ciężki odcinek jednej z bocznych dróg Wyżyny Pamirskiej, takiej błotnistej, wyboistej, pełnej solnych kolein i opuszczonych domostw. Po powrocie na w miarę normalny asfalt, odpoczywaliśmy utytłani i zmęczeni, kiedy z wylotu tej samej drogi wyjechał samotny, dumny motocyklista. Zatrzymał się obok nas i zaczął narzekać, jaki to był ciężki odcinek, jakby czekając na wyrazy uznania. A tam nikomu nic nie było trzeba udowadniać, nie o to chodzi. Komu jak komu, ale nam nie trzeba było tłumaczyć, że lekko nie było, i nikomu z tam obecnych też nie wpadło do głowy, by przywitanie zaczynać od przechwałek.

A dużo jeździłeś wcześniej na rowerze, byłeś dobrze przygotowany?

Wystarczająco, ale w żadnym wypadku nie miałem wyśrubowanych treningów (nie znam nikogo, kto by tak do tego podszedł 🙂 ).  Jeździłem rowerem do pracy, ale na pewno nie byłem jakimś wyczynowym rowerzystą. Byłem właśnie na tym trzytygodniowym wypadzie w Gruzji, jeździłem trochę po Ukrainie, ale nie robiłem nigdy wcześniej tylu kilometrów. Przygotowywałem się oczywiście przez ten rok przed wyprawą, ale też wynikało bardziej z chęci zobaczenia Polski zanim ruszę w świat, niż z potrzeby wyżyłowania kondycji. Sporo jeździłem wtedy po kraju. Wynikało to po części też z postanowienia, że przez ten rok nie wyjeżdżam nigdzie za granicę, bo odkładam fundusze na wyjazd. Zobaczyłem wtedy naprawdę spory kawałek Polski i to było bardzo fajne.

W trakcie wyprawy pisałeś bloga - czytałam go i to nie jest taki zwykły blog. Widać po nim aspiracje literackie - wpisy są długie, szczegółowe, okraszone przemyśleniami. Na pewno nie jest to standardowa blogowa relacja z podróży. Powiedz mi, czy zbieranie materiału pisarskiego to był dla Ciebie jeden z celów tego wyjazdu?

Nie do końca. Pisałem głównie dla siebie, pamięć jest ulotna, a ja chciałem, żeby coś z tej mojej wyprawy zostało. Ale z drugiej strony miałem faktycznie aspiracje, żeby to nie był kolejny blog z podróży, na zasadzie wrzucenia selfie na tle atrakcji turystycznej i podpisu „jestem tu i tu, buziaczki, papatki!”. Poświęcałem na pisanie sporo czasu i z upływem czasu, gdy czytam siebie wstecz, niektóre kawałki wciąż mi się podobają. A na inne nie mogę patrzeć. Natomiast widzę, jak bardzo różne jest pisanie na gorąco, w danym miejscu i czasie, w porównaniu do chłodnych wspomnień po wielu miesiącach. Czas spłaszcza emocje i zacząłem być zwolennikiem pisania wtedy, kiedy wspomnienia są jeszcze żywe, nie zamglone kolejnymi. Trudno dobrze i autentycznie opisać stan złości, zmęczenia, czy radości, nie czując tego na świeżo, a bieżące notatki tylko trochę pozwalają nadrobić tę różnicę.

Moi znajomi, którzy jechali rowerami przez Azję i Afrykę, też prowadzili bloga, ale był bardzo nieregularny, narzekali na brak i czasu, problemy z łączami. Zrozumiałam z tego, co mówili, że w takiej rowerowej podróży wbrew pozorom nie masz zbyt wiele wolnego czasu na pisanie. Jak Tobie się to udawało?

Czasem w podróży gospodarujesz sama, więc jest go dokładnie tyle, ile chcesz, żeby było. Sama decydujesz, na co go przeznaczasz. To jest najwspanialsze. Ja na przykład nie miałem ze sobą smartfona z Internetem i to była bardzo świadoma decyzja. Wiedziałem, że gdybym go zabrał, to by mnie kusiły wiadomości, portale społecznościowe, a chciałem naprawdę zanurzyć się w tej wyprawie, wynieść z niej jak najwięcej. Jak już wiesz, że chcesz o czymś napisać, zaszywasz się w jakimś pokoju na dwa dni i piszesz do skutku. Taki moment może nie pojawić się zbyt często, ale też chyba trudno jest mieć co kilka dni nowe przemyślenia na temat miejsca, w którym przebywasz.

To w jaki sposób publikowałeś teksty?

Dziennik pisałem codziennie na laptopie, bez Internetu, w namiocie czy w hotelu. Natomiast treści, które chciałem publikować - do nich siadałem raz na kilka tygodni, gdy w głowie uzbierało się wystarczająco dużo myśli, bym uznał, że warto się nimi podzielić. Potem, jak gdzieś było wi-fi, łączyłem się z netem i wrzucałem tekst i zdjęcia. I zamykałem komputer. Nawiasem mówiąc, powszechnym widokiem w hostelach są ludzie wpadający wprost z drogi, zrzucający w rogu plecaki i zamiast odpocząć, odetchnąć, pędzący do recepcji z sakramentalnym pytaniem „Jakie jest hasło do wifi?”. Nie chciałem tak. Nie po to jechałem na drugi koniec świata, żeby siedzieć w Internecie.

Jasne, rozumiem Cię bardzo dobrze. Ale cofnijmy się jeszcze na chwilę do czasu sprzed wyjazdu. Jak na informację o tym, że zostawiasz pracę i jedziesz, zareagowali Twoi bliscy, rodzina?

Mama ewidentnie mi nie uwierzyła, przez parę miesięcy była pewna, że żartuję i prawdopodobnie dlatego się nie przejmowała. Dotarło do niej, że mówię zupełnie serio dopiero, kiedy sprzedałem auto i zacząłem zwozić swoje rzeczy na jej strych. A tata? Tata mi zazdrościł.

Czy musiałeś dużo poświęcić? Wiem już, że zostawiłeś pracę. Miałeś możliwość powrotu?

Myślałem przez chwilę o urlopie bezpłatnym, ale nie miałem możliwości wzięcia takiego na czas nieokreślony. Trzy miesiące były zbyt krótkie, więc odrzuciłem tę opcję. Zresztą, wtedy jeszcze intuicyjnie, czułem, że taka wyprawa nie może mieć sztywnej daty końca. Za dużo może się wydarzyć, zmienić w mojej głowie. Wtedy wiedziałem tylko, że czuję się komfortowo z planem na podróż półtoraroczną. Coś sobie przyjąłem za jej zakończenie, ale zmiana o kilka miesięcy w te, czy wewte, nie stanowiłaby problemu.

A miałeś jakieś większe zobowiązania kiedy zostawiałaś pracę? Na przykład kredyt na mieszkanie.

Miałem to szczęście, że kredyt na mieszkanie mogłem zaciągnąć u rodziny. Przed wyjazdem zrezygnowałem z niepotrzebnych wydatków, odkładając ile się dało na poczet mieszkania właśnie. Planuję je oczywiście spłacić, ale na czas wyprawy to było bardzo wygodne, że mogłem wynająć mieszkanie i miałem stały przypływ gotówki.

OK, to opowiedz coś więcej o samej wyprawie - dokąd pojechałeś? Ile trwała?

Miałem plan, żeby dojechać do Chin, którego ostatecznie, między innymi z powodu przebojów z wizami, nie zrealizowałem, ale to osobna historia. Startowałem z rodzinnej Brodnicy do Odessy, potem promem przeskoczyłem do Gruzji, stamtąd przez Armenię, Górski Karabach, Iran, kraje Azji Centralnej - i dalej na północ, na Syberię, gdzie po kilku śnieżnych tygodniach, wspomagając się wtedy koleją, dotarłem do Irkucka. Stamtąd miałem ruszyć do Mongolii, ale dla mnie pchanie się w mroźny mongolski step było już zbyt ryzykowne. Najłatwiej opuścić Syberię było lotem do Tajlandii - a lotów z Rosji w tym kierunku nie brakuje, mieszkańcy mroźnej Syberii potrzebują bowiem witaminy D.  Więc zrobiłem sobie wakacje od zimy i poleciałem do Bangkoku, czego wcale nie planowałem jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Krążyłem po Azji południowo-wschodniej przez kolejne pół roku, po czym, zamiast do Chin, zdecydowałem samolotem powrócić do Azji Środkowej, którą się wcześniej zachwyciłem. I choć na mapie powroty do tych samych miejsc nie wyglądają spektakularnie - to wiedziałem, że odkrycie kolejnych dolin w Kirgistanie i Tadżykistanie będzie dla mnie znaczyć więcej, niż taplanie się w ciepłych południowych morzach. Przebywanie w tamtych górskich pustkowiach dawało mi więcej zadowolenia, po prostu. A ostatni odcinek, po opuszczeniu Pamiru, biegł od Turcji do Polski, przez Bałkany. Cała wyprawa trwała trochę ponad 1,5 roku - wróciłem parę miesięcy temu.

Naprawdę?! Byłam przekonana, że to trochę odleglejsza przeszłość!

Nie, całkiem świeża (śmiech).

No nieźle, jestem pod wrażeniem! To zaraz Cię zapytam o aklimatyzację po powrocie. Ale powiedz najpierw, dlaczego chciałeś pojechać akurat do Chin?

Mieszkałem kiedyś pół roku w Chinach, na praktyce i wtedy już wiedziałem,  że będę chciał wrócić w te rejony. Zachód jest raczej zurbanizowany, a wschód wciąż jeszcze bardziej dziki, nieodkryty i choć to stereotypy, to wystarczająco silne, by nadać kierunek takiej wyprawie. Jadąc na zachód, w ciągu kilku miesięcy odbijesz się od brzegu Atlantyku - i co dalej? Jadąc na wschód, możesz jechać prawie w nieskończoność, tyle tam miejsca i możliwych ścieżek. Z jednej strony trzeba bardziej umieć liczyć na siebie, bo sklepów rowerowych nie ma na każdym rogu - a z drugiej, i to znów trochę pachnie stereotypem, ludzie są bardziej pomocni, otwarci, bezinteresowni, nie zamykają się w swoich czterech ścianach. Było dla mnie oczywiste, że będę chciał jechać w tamtym kierunku. I to był bardzo dobry wybór. Na pewno będę tam wracał.

Sylwetka z kubkiem na tle gór

Dla takich widoków warto wyruszyć w podróż

 

Wschód często kojarzy się niebezpiecznie, ty w dodatku jechałeś na rowerze i biwakowałeś. Czy spotkałeś się z niebezpieczeństwem ze strony ludzi, przeżyłeś jakieś momenty zagrożenia? Jeśli tak, to jak sobie poradziłeś?

Raczej starałem się zachowywać podstawowe zasady bezpieczeństwa, wynikające z przyzwyczajeń z Polski, gdzie lepiej unikać strażników leśnych i wszelkiej maści terenów prywatnych: nie rozbijałem się w środku wiosek, żeby nie ściągać uwagi i nie kusić losu. Obozowałem zazwyczaj na uboczu, osłonięty od ludzkiego wzroku. Z czasem trochę się uspokoiłem i zaczęło mi się zdarzać biwakowanie wśród ludzi - parki w Iranie są najlepszym przykładem, że można się czuć bezpiecznie śpiąc w centrum miasta. W Polsce sobie tego nie wyobrażam, szczerze mówiąc. I trzymałem się też podstawowej zasady: nie jadę tam, gdzie jest wojna. Poznałem takich turystów, którzy wjazd na teren objęty konfliktem zbrojnym traktowali jak atrakcję, którą można się pochwalić . Ale ja uważam to za głupotę, zawsze sprawdzałem, co się dzieje na danym obszarze i omijałem takie miejsca. Ale przed własną głupotą się też nie uchroniłem -  raz zdarzyło mi się nie odrobić zadania domowego - nie doczytałem o sytuacji politycznej regionu - i wpakowałem się w kłopoty.

Opowiedz.

To było w Armenii, w której każdy napotkany człowiek zalecał, bym koniecznie - koniecznie! - odwiedził Górski Karabach - separatystyczny i autonomiczny region kontrolowany przez Armenię, ale leżący na terytorium sąsiedniego Azerbejdżanu, o którego niepodległość dwadzieścia lat temu toczyła się wojna, która nie została rozwiązana. Bez przygotowania, postanowiłem się tam spontanicznie wybrać, mimo że nie miałem tego wcześniej w planach. Żeby dojechać do Karabachu, trzeba przejechać przez kilkudziesięciokilometrowy pas ‘ziemi niczyjej’, oficjalnie jest to już terytorium Azerbejdżanu, ale wszyscy Azerowie w czasie wojny dawno te ziemie opuścili. Można spotkać co najwyżej zabłąkanych partyzantów, okazjonalnie czołgi, i niewielu armeńskich osadników. Choć główną drogą, wjechałem tam przez nieoznakowane górskie przejście, więc nikt nie sprawdził mi żadnych dokumentów i nie poinformował o sytuacji. Mijałem opuszczone wioski, które sprawiały upiorne wrażenie. Czułem się bardzo nieswojo. Kiedy rozbiłem się z namiotem w dolince, nagle znikąd nadjechał gazik, z którego wysiadło dwóch facetów w kreszowych dresach, nastawionych bardzo nieprzyjaźnie. Nie mogliśmy się dogadać, ale bardzo wyraźnie dawali mi do zrozumienia, że nie powinno mnie tu być. Próbowałem ich przekonać, że nie mam złych zamiarów, że jestem tylko głupim turystą. Zaczęli gdzieś dzwonić i wtedy naprawdę miałem już niezłego stracha, ale koniec końców pozwolili mi przenocować. Byłem na takiej adrenalinie, że obudziłem się o czwartej rano i czym prędzej stamtąd zwiałem. Potrzebowałem jeszcze dwóch dni, nim dojechałem do stolicy Karabachu, wyrobiłem wizę i przy okazji dowiedziałem się, że od północy, skąd przyjechałem, w ogóle nie ma wjazdu do kraju. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, ale była to dla mnie lekcja pokory. Ale poza tą sytuacją, raczej spotykałem na swojej drodze dobrych ludzi.

A zwierzęta? Nocowałeś przecież w namiocie, często na dzikich terenach.

Miałem jedną przygodę ze zwierzętami, o dziwo już w cywilizacji, w trakcie końcowego odcinka podróży. Jechałem wtedy wspólnie z koleżanką - od czasu do czasu odwiedzali mnie znajomi i przemierzali wspólnie ze mną jakiś odcinek trasy - i to były nasze ostatnie chwile w Grecji, przed przekroczeniem granicy. Rozbiliśmy się w uroczym wąwozie nad rzeczką, rozłożyłem już całe obozowisko, kiedy nagle zaczepił nas pasterz pędzący stado owiec i poinformował, że miejsce, które wybraliśmy na nocleg, to ulubiony wodopój niedźwiedzi, z którego korzystają po zmroku. Zmrok właśnie zaczynał zapadać, więc, choć jestem raczej niezorganizowany, pobiłem rekord szybkości w zwijaniu namiotu i pojechaliśmy szukać kolejnego miejsca. Z drugiej miejscówki, tuż obok kapliczki, wypłoszyły nas szerszenie i skończyliśmy w samej kapliczce, czego próbowaliśmy przez szacunek do miejscowych uniknąć. Wina, którym mieliśmy pożegnać Grecję, jakoś nie mieliśmy już ochoty w niej otwierać. Ale takich sytuacji kryzysowych było niewiele, generalnie spotykały mnie raczej dobre rzeczy, przeżyłem mnóstwo fajnych chwil.

Czy Twoi znajomi często odwiedzali Cię na trasie?

Parę razy. Kogo się da uprzedzałem, że będę tu i tu w takim a takim czasie, i jeśli tylko chcą dotrzeć - zapraszam! I docierali 🙂 Jednego z dwóch przyjaciół, którzy przylecieli do mnie do Kirgistanu, prawie namówiłem na ponowne przejechanie ze mną Pamiru, którego przedsmak miał przez te trzy kirgiskie tygodnie. Nęciłem go przekonując, że tylko posmakował wyprawy, że miejsce, w które teraz jadę, będzie o wiele piękniejsze. Łamał się, już prawie przebukował bilet, ale ostatecznie przed zmianą planów powstrzymał go fakt, że zostawił dziewczynę w Polsce i nie chciał jej stawiać przed faktem dokonanym. Zresztą z tym kolegą teraz pracujemy wspólnie nad projektem.

No właśnie, praca. To temat, który wielu powstrzymuje przed wyjazdem na dłużej. Wróciłeś, jak się okazało, niedawno, więc jesteś na bieżąco. Musiałeś zaczynać wszystko od początku? W jakiej branży pracujesz?

Pracowałem w szeroko pojętej branży konsultingowej, ale nie chcę wracać do pracy na etacie. Jesteśmy z wyżej wspomnianym kolegą na etapie rozkręcania biznesu którym, mam nadzieję, że będę mógł zarządzać z namiotu.

Czyli planujesz kolejne wyjazdy?

Oczywiście! Jest jeszcze tyle kontynentów, tyle krajów do zobaczenia.  Odkąd raz posmakowałam tej wolności w podróży bez ograniczeń czasowych, wydaje mi się teraz niewykonalne pojechać do jakiegoś kraju i zwiedzić go w trakcie kilkutygodniowego urlopu. Wyobrażasz sobie, lecieć na drugi koniec świata, do Ameryki Południowej na przykład, mając na poznanie kraju dwa tygodnie? Ja sobie już nie wyobrażam.

4 Responses

  1. Andrzej Brandt
    | Odpowiedz

    Fajny wywiad! 🙂

    • Olga
      | Odpowiedz

      Człowiek ciekawy to i wywiad fajny 🙂 dzięki!

      • Hubert
        | Odpowiedz

        Olga – no to teraz z kolei złap Andrzeja, i się zacznie seria wywiadów rowerowych. A wspólnie polecimy Ci następnych 🙂

        • Olga
          | Odpowiedz

          Jeśli tylko Andrzej (i Kasia) się zgodzą – bardzo chętnie! A rowerzyści rzeczywiście opanowują projekt, bo w przyszłym tygodniu spotykam się z kolejnym 🙂

Leave a Reply