Hey. Wieko się zatrzasnęło

with Brak komentarzy

W piątek ostatni raz usłyszałam „Teksańskiego” na żywo. I mimo że już od paru ładnych lat nie znoszę tej piosenki, miałam łzy w oczach. Coś się bezpowrotnie skończyło.

Doba z gumy: Hey. Dwa bilety na koncert Heya: z 2002 i 2017 roku

Hey towarzyszył mi przez całe świadome życie.

Od „Twojej i mojej nadziei” wyśpiewywanej na całe gardło na trzepaku pod blokiem (nowe nagranie wyszło po wielkiej powodzi w ’97), poprzez pierwszy koncert w zielonogórskim klubie (jeden z pierwszych moich koncertów w ogóle), juwenalia w najzacniejszym gronie na Polach Marsowych, aż po towarzyszenie mi w warszawskich autobusach.

Głos Nosowskiej z biegiem lat stawał się coraz bardziej zamszowy, niższy, szlachetniał. Grungowe gitary i naiwne teksty, jakich słuchałam ze zdartych kaset ewoluowały w dojrzałe kompozycje z poetyckimi słowami, które dziś wiszą na mojej playliście w Tidalu.

Niektórzy psioczą, że Hey jest niespójny, przemyka po powierzchni różnych gatunków, nie dając się zamknąć w żadnej z szuflad. Mnie jednak imponuje ta odwaga dojrzewania, zmiany.

Ruch ostateczny, mimo że tak mi przykry, jest dowodem tej samej odwagi, chociaż ciężko w to uwierzyć, bo Kaśka na scenie stoi tak samo spięta i niezgrabna jak 25 lat temu. Po tych wszystkich latach wciąż plącze jej się język, głos więźnie w gardle i nie jest w stanie wydusić wiele więcej niż nerwowe paplanie i swoje żelazne ‘No, dziękujemy bardzo’.

Koncert napełnił mnie mieszanymi uczuciami. Managerka przewidziała, że hasło „ostatni” przyciągnie tabuny, stąd gigantyczny, zupełnie nie w heyowym stylu, spęd na hali Torwaru. Do tego nie do końca trafieni goście (Beata Kozidrak masakrująca „Misie”!).

Bilety kupiłam za późno, więc staliśmy kilometr od sceny, co przy moim wzroście oznacza, że nie widziałam nawet telebimu. M. był jakiś struty i nie miałam serca mu włazić na głowę, połowę koncertu spędziłam więc na murku oddzielającym płytę od trybun, w dziwacznym półprzysiadzie, żeby nie zasłaniać ludziom na plastikowych krzesełkach za mną.

Potem odpuściłam wizję i stanęłam w tłumie, skupiając się na fonii i pozwalając przepływać wspomnieniom.

Przepraszam za ten nostalgiczny ton, ale nic nie poradzę, że sentymentalne ze mnie bydlę, a muzyka jest dla mnie prawie tak samo silnym nośnikiem wspomnień jak zapachy. Konkretne piosenki przywołują obrazy kolejnych moich pokoi, twarzy ludzi, którzy kiedyś byli bliscy.

Żeby nie było tak słodko, przyznam się, że widok hali Torwar wyzwolił we mnie też mniej wzniosłe uczucia. Podzielę się nimi jutro.

Leave a Reply