Bezsenność jesienią

with 2 komentarze

Poranny rzut oka w lustro – worki pod oczami jakby odrobinę bardziej wyraziste..? No tak, wczoraj znów nie mogłam usnąć.

Doba z gumy: bezsenność jesienią. Internatowa lampka oświetlająca zieloną olejną lamperię.

Problem ze snem był zawsze jednym z nielicznych, które nie dotyczyły mnie w najmniejszym nawet stopniu. Przykładałam głowę do poduszki i nie mijało nawet parę minut, a już spałam snem tak głębokim, że nie było mnie w stanie z niego wyrwać nic poniżej syreny przeciwlotniczej.

Talent ten, sprawdzający się zwłaszcza w długich podróżach (standardowy obraz nocy w pociągu: M. wlepia czerwone oczy królika w migające za oknami światła, mając za jedyne towarzystwo moje chrapanie) nabyłam po latach mieszkania w wieloosobowym pokoju w licealnym internacie.

Dziewczyny były świetne, ale miewały napady weny o różnych porach doby. Umiejętność spania przy każdej ilości światła i decybeli była podstawowym warunkiem przetrwania.

Co się więc takiego stało, że po latach przespanych snem sprawiedliwego nocy, kolejny raz wiercę się w łóżku do późna?

Niewątpliwie jedną z przyczyn jest przestawienie godzin żerowania z późnowieczornych na wczesnoporanne. Z natury zawsze wolałam siedzieć do późna i spać rano jak najdłużej, ale od jakiegoś miesiąca podjęłam wyzwanie: chodzę spać wcześnie, po to żeby wstać o brzasku i wykorzystać twórczo ten czas.

Koleżanki mnie pytają: Olga, jak ci się udaje codziennie pisać? No więc właśnie tak. Rano, przed pracą. To jedyny sposób na zachowanie regularności. Popołudnia mają zupełnie inną dynamikę.

Super, tylko dlaczego nagle, po miesiącu, przestało mi wychodzić to wieczorne zasypianie i ranne wstawanie?

W pewnym stopniu źródłem fermentu jest przyciężkawa aura tej jesieni. Z kim bym nie rozmawiała – każdy jest jakiś przytłoczony, wyssany z życia, rozbity. Więc trzeba się witaminizować i jakoś to przetrwać.

Ale mam jeszcze jedno podejrzenie i nie jest ono dla mnie wygodną myślą. Na podstawie ćwiczenia „koło życia” postawiłam już diagnozę, że brak mi aktywności fizycznej. Niestety od samej diagnozy nie poczułam się ani odrobinę lepiej.

Od tygodnia co rano rozkładam matę do jogi i na tym się moje powitanie słońca kończy. Dobrze, jak zdążę ją przed wyjściem do pracy zwinąć.

Od paru tygodni planuję basen i siłownię i zawsze pojawiają się jakieś niezwykle ważne, niecierpiące zwłoki sprawy do załatwienia dokładnie w tym czasie.

A przecież bazowałam na naukowych podstawach! Czytałam kiedyś wyniki badań, wg których samo myślenie o sporcie może przyczynić się do spalenia kalorii i lepszego samopoczucia (tak samo jak można przytyć od wizualizowania sobie ciastka z kremem).

Sprawdziłam – to bujda na resorach. Pieczołowite wpisywanie w kalendarz basenu i siłowni nic nie pomaga. Chyba będę musiała tam jednak zacząć chodzić.

 

2 Responses

  1. Ewa
    | Odpowiedz

    Zasypiam jak dziecko i śpię do rana. W tym tygodniu kładłam się przed 23 i zdecydowanie czułam rano, że wyspałam się jakoś bardziej i lepiej 🙂
    Ale z aktywnością fizyczną to jest mój case – cały czas sobie obiecuję, że coś porobię a tu nico (na swoje usprawiedliwienie mam wciąż tę złamaną kość w stopie, nie dla mnie fitnessy :D)

    Olga, a z tą matą to próbowałaś jakichś jutubowych ćwiczeń 5-10 minutowych? Ja zauważyłam, że jak pomyślę, że mam ćwiczyć pół godziny (!) sama, przed telewizorem to mnie coś strzela, a jak sobie pomyślę, że to tylko 5 minut to jakoś już idzie (tzn. Szło do przyjazdu rodziców w sierpniu, od tamtego czasu już do tego nie powróciłam, a kręgosłupek mówi, że trzeba!)

    • Olga
      | Odpowiedz

      Ewa, ja zazwyczaj też zasypiam natychmiast i nic mnie z tego stanu nie jest w stanie wyrwać, tylko ostatnio coś się porobiło. Mam nadzieję, że to przejściowe usterki 😉
      a brak ruchu – no cóż, w końcu musiał zacząć się mścić. więc dosyć wymówek, w weekend planuję basen (przy okazji, pływać to chyba nawet ze złamaną kością można, co..? 😉 i na kręgosłupek jak ta lala!) i jak nie będzie lało, to może się jeszcze uda na rower wyskoczyć. a moje poranne wygibasy póki co ograniczam do 3-krotnego powitania słońca. ćwiczenie z filmikami jakoś mi zupełnie nie po drodze – staroświecka chyba jestem 😉

Leave a Reply